Wtorek. To JUŻ wtorek. Nadrabiam wirtualne zaległości (niebywałe, ile się dzieje, kiedy nie ma mnie ''tu i tam'' raptem kilka dni. U nas już po urodzinkach, które - nie kłamię - trwały trzy dni! Mnóstwo gości, multum niespodzianek i to, co najważniejsze - radość SOLENIZANTKI.
Nasze wzruszenia, niespodziewane spotkania, miłe gesty...
Ach, kiedy są dzieci jest iście prawdziwa radość! Nie wiem, czy pamiętacie, ale rok temu (jeśli się nie mylę) wspominałam na blogu, że marzy mi się takie prawdziwe przyjęcie urodzinowe. Pod słowem 'prawdziwe' kryje się: pełne dzieci i w ogrodzie. Takie przyjęcie, z którego to właśnie Emilka najwięcej skorzysta. Bo będzie radość, zabawa i rówieśnicy. Będą dzieci.
W rozkładzie na trzy doby, ale mieliśmy wszystko - Ona miała.
Świeczki zostały zdmuchnięte w zastraszającym tempie, rodzinka w cudowny sposób dopingowała Emilkę, a ja upajałam się widokiem roześmianej buźki mojej dużej Dziewczyny. Kolejne dni to ciąg dalszy świętowania. Spotkanie z naszymi kochanymi znajomymi i Ich cudownym Synkiem, i przemiłe popołudnie wypełnione uśmiechem, radością i zabawą.
A wczoraj?
Cudowny widok! Niespełna trzyletni Szymuś recytujący wierszyk dla Emilki!
I radość, taka szczera radość Emi.
Urodziny...
Mogłabym pisać wiele, wspomnę jeszcze tylko o jednym. W piątek to ja dostałam najcudowniejszy prezent. Moja - duża już - Dziewczyna, na cały sklep wykrzyczała: - Ja tak cię kocham, mamusiu!
Wszystkie oczy zwróciły się w moją stronę, a pewna Pani zdjęła okulary i powiedziała:
- Ale cudowna dziewczynka, co za wyznanie...
Pogłaskałam moją Emi po główce. - Ty mój Łobuzie - powiedziałam.
Tak naprawdę brakło mi logicznego zasobu słów, zapomniałam przysłowiowego ''języka w gębie''. Bo co powiedzieć, kiedy z jednej strony oblewa twarz rumieniec (na pewno tak było), z drugiej rozpiera duma, a z trzeciej - rozpływasz się...nawet w wiejskim sklepiku. A pani czekała na mój komentarz...
Moja Córeczko, jak ja Cię kocham...