wtorek, 30 kwietnia 2013

Pawełek

Cały oddział neonatologii składa się z kilku boxów. Wszystkie są prawie identycznie ''urządzone'', oddzielone od siebie szybami. Na wprost wejścia na odział jest jeden szczególny, który jest jakby ''odcięty'' od reszty, ponieważ swym wyglądem przypomina zwyczajny pokoik. Mieszka w nim pewien mały lokator, który - jak się dowiaduje - jest  tu już kilkanaście miesięcy, a szpital to jedyny dom, jaki do tej pory poznał...
Pawełek. Zawsze kiedy przychodzę do mojej Emilci, kątem oka zerkam właśnie na wprost - do tego chłopczyka, bo u Niego zamiast inkubatora, zamiast cieplarnianego łóżeczka, czy czegoś tym podobnego, znajduje się takie zwyczajne - ze szczebelkami. Takie, które zwykle czeka na każde maleństwo w domu.
Właśnie do tego boxu trafia moja Emilcia i wtedy poznaję tego dużego już chłopczyka. Ta zmiana uważana jest za mały awans, ponieważ ma miejsce w rezultacie tego, że ogólny stan Emilki poprawia się, tzn. chodzi tu głównie o bezdechy, które znacznie się minimalizują. Pojawiają się bardzo rzadko, dlatego też zostajemy przeniesieni do tego boxu, który ulokowany jest jak najbliżej drzwi od oddziału...Tak bardzo się cieszę ! Emilcia zaskakuje każdego dnia. Dziękuję Bogu, że wszystko zmierza w dobrym kierunku. Czuję, że jest już coraz lepiej. Nie wspominałam chyba wcześniej, że od kilku dni Emilcia próbuje jeść butlą... Różnie z tym bywa, bo bezdechy, których z reguły już nie ma w ciągu dnia to dają o sobie znać często właśnie przy tej czynności. Moja Perełka ma jeszcze trudności z ssaniem, dlatego nadal główną rolę odgrywa sonda. Mała Księżniczka coraz częściej otwiera oczka - nawet czasem wydaje mi się, że na mnie patrzy. Uwielbiam Ją tulić, czuję, że jest Jej już ''trochę więcej''. Jej skórka różowieje, a włoski nieco jaśnieją, choć nadal są ciemne. Kocham tą moją dziecinkę całym sercem i zaczynam być coraz pewniejsza tego, że od tej chwili może być już tylko dobrze.
Trafiamy do Pawełka. Jest prześliczny, ma bardzo długie rzęsy, wiek - kilkanaście miesięcy, nie oddycha samodzielnie, ma rurkę w gardełku...Tym razem leży w bujaczku, który delikatnie kołysze Go w rytm spokojnych dźwięków, melodii. Chłopczyk praktycznie nie porusza się, główkę ma zwróconą w moją stronę. Siedzę koło łóżeczka mojej Emilci. Nucę piosenki, głaskam, lecz z trudem opanowuję emocje. Serce mi się kraje...Nie muszę chyba pisać dlaczego...Mam obok siebie chłopczyka - wcześniaczka, który jest bardzo chory, o wiele starszy od mojej córeczki, który zapewne przeszedł i nadal przechodzi przez wiele trudniejszą drogę niż my. W mojej głowie kłębi się tysiąc pytań, począwszy od ; Boże dlaczego ?  skończywszy na : co mam robić,  co będzie jak przyjdzie tu Ktoś do Niego, jak rozmawiać...? Po chwili, gdy cichną dźwięki dochodzące z bujaczka Pawełka, zaczynam śpiewać. Robię to tak, by mój śpiew słyszała nie tylko moja Emilcia, ale i On. Czuję, że Pawełek wszystko słyszy, mimo że nie reaguje. 
W kolejnym dniu do Pawełka przychodzi Jego Mamusia, a ja czuję się trochę onieśmielona. Mama Pawełka uśmiecha się do mnie i z tym samym uśmiechem odpowiada na moje ' dzień dobry '. Wita się z Synusiem i z pielęgniarką. Widać jak bardzo dobrze się znają...Tyle czasu tu już przychodzi. Rozmawiamy. Mama Pawełka jest wspaniałą i odważną Kobietą - pogodzoną ze wszystkim. Choć nasza rozmowa jest prozaiczna, bez szczegółów, tak wiele da się odczytać ''między wersami''. Nachyla się nad Nim i ja to widzę...miłość i oddanie...błyszczące oczy. Innego dnia, kiedy nas już nie ma w tym boxie ( powracamy do nr 2.), jak zwykle wchodzę na odział i widzę chyba całą rodzinę Pawełka - Mamę, Tatę i prześliczną Siostrzyczkę, która wesoło skacze wokół łóżeczka Braciszka...Nie zapomnę tego widoku - Oni - wszyscy razem...Rodzina - na dobre i na złe i On - w centrum - ukochany Synuś i Brat.

Kolejne doby przynoszą powrót do boxu nr 2., krok do tyłu, rozpacz, łzy i strach... o życie mojego Cudu...
Przynoszą widok, który powraca w myślach, mimo że tak bardzo bym chciała o nim zapomnieć. Który powoduje, że się boję. Boję, bo wciąż pamiętam...
Pamiętam, bo wtedy widziałam... koniec.

sobota, 27 kwietnia 2013

W łóżeczku

Był to chyba 5 sierpnia...Jak zawsze siedziałam u mojej córuni i chyba właśnie jej coś opowiadałam, gdy nagle podeszła do mnie pielęgniarka i powiedziała, że jak tylko zwolni się ''na dole'' ( w sensie na piętrze niżej, gdzie znajduje się Patologia Noworodka) podgrzewane łóżeczko to przywiozą je na górę - dla Emilki! Ależ się ucieszyłam ! Moja córeczka nie  miała już leżeć w inkubatorze, zrobiła ''kroczek do przodu ''. Miała mieć łóżeczko, które wyposażone jest w system podgrzewający, by utrzymywana została odpowiednia temperatura ciałka. Ku mojemu szczęściu, łóżeczko zostało w szybkim tempie dowiezione ''na górę''. Nigdy nie zapomnę tego słodkiego widoku, mojej maleńkiej leżącej dziecinki,  ubranej w czapeczkę, okrytej grubym kocykiem... Była przekochana. To była taka ogromna nowość dla mnie. Od tej chwili mogliśmy nachylać się nad jej twarzyczką, swobodnie przewijać, dotykać bez żadnego skrępowania. Nic nie utrudniało naszych ruchów, a  sama Emilcia... wyglądała jak Aniołek! Dodatkowo - mogłam Ją wyciągać kiedy tylko zechcę! Leżała tak spokojnie. Przyznam, że w pierwszym dniu bardzo mało się poruszała, jakoś ogólnie inaczej się zachowywała. Trochę się tym zaniepokoiłam i podzieliłam się swoimi spostrzeżeniami z pielęgniarką, która natychmiast rozwiała moje obawy - wyjaśniając, że dziecko może różnie reagować na zachodzące wokół zmiany, a już na pewno je w pełni odczuwać i tym samym zmieniać swe zachowanie. Kolejne dnie przynosiły następne sukcesy. W następnych dobach nie potrzebny już był podgrzewany materacyk. Emilka świetnie radziła sobie z utrzymywaniem stałej ciepłoty ciałka. Była bardzo dzielna, a ja z każdym dniem nabierałam nowych sił. Psychicznie czułam się zmęczona, ale gdy tylko byłam '' u Niej '' wręcz odradzałam się na nowo. Liczyło się tylko ''tu'' i ''teraz''. Byłam szczęśliwa, że mogę być tu codziennie i patrzeć jak rośnie moja mała Księżniczka. Szpital był domem - tym pierwszym, bo tam była Ona - ta najważniejsza. Mogę śmiało stwierdzić, że w tamtym okresie byłam już bardzo ''zadomowiona'' w szpitalu. Co dzień widywałam te same twarze, spotykałam się z lekarzami, pielęgniarkami i z innymi rodzicami wcześniaczków,  ze wspaniałymi Mamusiami nadal wspólnie odciągałyśmy mleczko, chodziłyśmy na wspólne obiadki, czy po prostu rozmawiałyśmy i - co  najważniejsze - była Emilcia. To wszystko dawało mi taką niezwykle potrzebną stałość. Każdy dzień przynosił - z reguły - same pozytywne wiadomości. Bezdechy nadal trwały, lecz jakby ich częstotliwość stopniowo malała. Niestety nadal niepokoiły - zarówno nas i lekarzy. Daniel pracował, lecz kiedy tylko miał jakiś wolny dzień spędzał go z nami - w szpitalu. Czułam, że jest przy mnie, ciągle wypytywał o naszą córeczkę, ciągle BYŁ - przytulał, wspierał, lecz wstąpiło w nas małe zagubienie... Uwielbiałam patrzeć, gdy trzyma na rękach naszą Emilcie, gdy Jej czyta, opowiada...Tak bardzo to lubiłam, ale z drugiej strony - zazdrościłam, że teraz trzyma Ją Tatuś, a nie ja. To było takie dziwne, ale tak czułam. Chciałam mieć Ją tylko dla siebie, tulić. Chciałam  dać Jej maksymalną ilość siebie, wynagrodzić krzywdy, każdy ból, każdą maleńką - jeszcze nie widoczną -  łzę. Chciałam dać Jej wszystko...
Nadal nieodłącznym elementem codzienności było poddawanie Emilci tlenoterapii. Na ten moment i jeszcze na dość długi czas, tlen musiał ''ciągle dmuchać'', przypięty gdzieś z boku. Gdy  trzymałam Ją na rączkach, często pielęgniarki przypinały sznureczek do mnie, by dmuchał gdzieś w pobliżu twarzyczki Emilki. 
Najgorsze były pożegnania, tzn. momenty, kiedy opuszczałam oddział, zwykle było to około godziny 19. Zostawiałam Ją, a ja szłam ''na busa''. Czułam tak ogromne wyrzuty - miało to miejsce praktycznie za każdym razem i pogłębiało się kiedy opuszczałam oddział, a Emilka miała otwarte oczka.  Serce mi się krajało...Robiłam wszystko, by tylko zasnęła. Nie chciałam zostawiać Jej, gdy była ''świadoma". Głaskałam delikatnie, nuciłam spokojne kołysanki - byleby tylko zasnęła...Tak bardzo było mi przykro. Każdy kto był w podobnej sytuacji doskonale wie jak to jest. Emilcia błyskawicznie przybierała na wadze. Ważyła już około 2 kg!
Magiczne 2 kg, które w naszym przypadku nie oznaczało wcale wyjścia do domu...
Kolejne dni przyniosły nowe zmiany... I te pozytywne i niestety - tragiczne.
Emilka została przeniesiona do boxu, który przypominał maleńki pokoik, który zamieszkiwał pewien kochany chłopczyk, który na stałe zagościł w naszej pamięci...
Pierwszy dzień w łóżeczku



U Tatusia



czwartek, 25 kwietnia 2013

W świecie naszej córeczki

Przyjeżdżam do Niej codziennie.
Czytam, śpiewam, opowiadam. Kupuję małe książeczki z bajeczkami i jedną wielką księgę - ,,Bajki dla dziewczynek '', która zawiera najpiękniejsze baśnie i opowiastki. Nawet nie wiem kiedy orientujemy się, że przeczytaliśmy naszej Kruszynce wszystkie zawarte na kartach, ponadczasowe opowieści. Pamiętam jak czytałam i w pamięci sama przypominałam sobie niektóre bajki. Swoją drogą wiele naprawdę zostało zapomnianych, a czytając dla mojej córci i dla mnie ''ożyły na nowo''. Ona z każdym dniem jest jakby ''żywsza". Rusza rączkami, nóżkami. Rośnie w oczach. Możemy ją przewijać, wycierać buźkę, trzymać strzykawkę, która wypełniona jest pokarmem. Możemy ją trzymać na rękach. Chwile ''kangurowania'' są chyba najbardziej wyczekiwanym momentem w każdym dniu. Z czasem na oddziale przybywa coraz więcej przytulających rodziców i musimy ''dogadywać się'' co do pory, w celu '' zajęcia sobie specjalnego fotela". Uwielbiam te chwile, kiedy mam Ją w swoich ramionach, czuję Jej ciepło, widzę maleńkie paluszki. W momencie kiedy przytulam Ją do siebie, czuję jakbym tuliła cały mój świat.  Emilcia jest prześliczna i zmienia się z dnia na dzień. Widać Jej'' dojrzewanie''. Każdego dnia widzę to moje Maleństwo i  rodzi się we mnie coraz to większa tęsknota, by mieć Ją przy sobie w każdej chwili. Przyciąga do siebie jak magnez. Czasem mam wrażenie jakby nasłuchiwała co się dzieje. Mam pewien filmik nagrany na komórce w dzień, kiedy Emilka była strasznie ruchliwa. Ciągle poruszała nóżkami, główką, rączkami. Jej oczka były szeroko otwarte. Była taka niezwykła, słodziutka i urocza. Kiedy tylko Daniel postanowił Ją nagrać, nasza córeczka wręcz przestała się ruszać, wydawało się jakby nasłuchiwała lub też odczuwała, że coś kombinujemy z telefonem. Końcem lipca - początkiem sierpnia, panie pielęgniarki zaczynają próbować zdejmować cepap Emilce. Wygląda to tak, że w określonych porach dnia, nie jest zapięty na nosku, ale położony obok główki Emilki, by tlen '' dmuchał''  na Nią. Nadal niepokoją nas jednak spadki saturacji. Z czasem cepap zostaje zastąpiony tlenem dmuchanym z ''rurki''-  wewnątrz inkubatora. Fachowo nazywa się to tlenoterapią bierną. W momencie kiedy cepap znika z małej twarzyczki naszej Emilci, dla mnie samej jest to ogromny przełom i nieopisana radość. Nie znajdowałam słów, by podziękować Bogu. Dziękowałam tak jak potrafiłam. Wszystko działo  się tak nagle, niespodziewanie. Któregoś dnia panie pielęgniarki proponują nam, informują, że jeśli mamy jakieś małe ciuszki to możemy przynieść do szpitala i będą ubierać Emilkę. Bez wahania zgadzam się, choć mam jedynie ubranka w rozmiarze 56. Postanawiam wybrać się do sklepu, by zapytać o jakieś maleńkie ciuszki. Kupuję 2. słodziutkie body w rozmiarze 42, pajacyk 46 i kaftanik ze śpiochami 52. Wcześniej - jeszcze przed porodem - gdybym zobaczyła tak małe ubranka na pewno wywołało by to u mnie wielkie zdziwienie.W momencie gdy je kupowałam, myślałam czy nie będą za duże na Emilkę, choć przyznam się, że body wydawały się być w sam raz. Przypomnę, że mierzyła 32 cm, a to wydarzenie miało miejsce powyżej miesiąca po porodzie, więc była wtedy o kilka centymetrów większa. Body z truskaweczką...Pani pielęgniarka, gdy tylko przyniosłam do szpitala  ubranka dla Emilki, postanowiła, że od razu ubierze Emilkę. Byłam strasznie wzruszona...Zobaczyłam moją Odrobinkę i - po raz kolejny - Jej maleńkość. Emilka ''pływała'' w tym najmniejszym ze wszystkich ubranek - pajacyku. Wyglądała tak inaczej w ubranku, tak bardziej ''domowo'', taki miniaturowy bobasek, choć zdjęcia zrobiłam z powiększenia i wydawała się być całkiem duża. Każdy dzień przynosił nowe nadzieje. Tym co także zmieniło się w wyglądzie naszej kochanej Perełki to... zaczęły robić się jej pucki! Miała maleńkie, ale słodziutkie policzki. Czułam, że wszystko zmierza w dobrym kierunku, ponieważ każdy kroczek wydawał się być krokiem do przodu.Wtedy myślałam, że już  nic złego nie może się wydarzyć. Niestety - zdarzyło się - za kilkanaście dni, ale o tym traumatycznym dla nas przeżyciu napiszę w osobnym poście, za jakiś czas. Tymczasem przedstawiam moją Kruszynkę, która w tamtym okresie wyglądała tak :



środa, 24 kwietnia 2013

Ciepło maleńkiego ciałka


To był dzień, na który tak długo czekaliśmy, o którym marzyliśmy. Właśnie 21 lipca - po raz pierwszy - mogliśmy wziąć na rączki naszą Córeczkę. Wszystko stało się tak niespodziewanie. 
Kilka dni wcześniej widziałam jak mała Karolinka wtulona jest w swoją Mamusię. Madzia cała promieniała, a ja tak bardzo zazdrościłam i marzyłam o podobnej chwili u nas. Postanowiłam, że zapytam Panią doktor, kiedy to ja będę mogła rozpocząć ''kangurowanie''. Emilka ciągle była ''pod cepapem'', dzieciaczki leżące obok miały tylko ''dmuchany tlen'' lub też wcale go nie potrzebowały. Bałam się, że usłyszę: ''jak tylko będzie sama oddychać''. Szczerze powiedziawszy, byłam pewna właśnie takich słów, i tym samym fakt tulenia w ramionach Emilki, stawał się w mej wyobraźni bardzo odległy. Jak już chyba wcześniej wspominałam, cepap był dla mnie czymś, co wydawało się nie mieć końca. Chyba jak każda Mama, która nie mogła przytulić, wziąć w ramiona swojego dzieciątka - tęskniłam za tym i miałam jakiś wewnętrzny niedosyt, jakąś pustkę. Nie sądziłam, że na drugi dzień, gdy tylko przekroczę drzwi do sali, na której leżała nasza Emilcia, pielęgniarka oznajmi mi tą wspaniałą wiadomość. 
21 lipca...
Gdybym mogła skakać z radości, krzyczeć - to pewnie bym to zrobiła. Gdy powiedziano mi, że będziemy ''kangurować'' czułam tak ogromną radość i podniecenie, że cała drżałam. Zarówno ze szczęścia, jak i - po chwili - ze strachu. Trochę też byłam stremowana. Za chwilę miało nastąpić to, o czym nieśmiało marzyłam.  Pielęgniarka poinstruowała jak mam się do tego przygotować (ściągnąć bluzkę, by Emilka czuła ciepłotę mojego ciała, bliskość, i  starać się oddychać spokojnie), po czym delikatnie zaczęła przygotowywać Emilcię. Usiadłam na fotelu i stało się. Położono mi Ją na sercu, maleńką buźką do ciała, z cepapem, czapeczką i wszelkimi kabelkami, które miała podpięte w inkubatorze i okryto polarowym kocykiem. Była taka cieplutka, delikatna. Tak maleńka. Z trudem powstrzymywałam wzruszenie, czułam, że moje serce bije jak szalone. A miałam się wyciszyć. Boże, tak trudno opisać ten cudowny stan, to poczucie bliskości, więzi, bezpieczeństwa. Czułam taką jedność między nami.  Po raz pierwszy od niespełna miesiąca - od chwili narodzin Emilki - mogłam wziąć ją w ramiona, przytulić i trzymać tak ponad godzinę! Nikt nie odbierze mi tych wspomnień i chyba każda Mama wcześniaczka traktuje takie chwile jako coś przełomowego. Dla mnie była to taka mała-wielka cząstka tego, co miało nastąpić po porodzie. Moja nieświadomość -  w momencie porodu -  pozwalała mi sądzić, że jak tylko Emilcia ''wyjdzie '' na świat, położą Ją na mnie, na moim ciele. Tak chyba jest, jak ktoś rodzi w terminie i bez komplikacji? Ten pierwszy kontakt, więź - ciało do ciała... Tak bardzo o tym marzyłam. Przyznam, że bałam się, że ta cała sytuacja, tzn. przedwczesny poród, inkubator, karmienie sondą i ja siedząca całymi dniami obok, ale nie trzymająca na rączkach, nie tuląca, nie całująca mojej córeczki, nie będę mogła nawiązać tej matczynej więzi. Bałam się, że Emilka nie będzie mnie '' czuła'' , nie będzie wiedziała jak bardzo ją kocham,  i że to ja jestem Jej mamą, która czekała na Nią przez te wszystkie miesiące. Szczerze mówiąc, to było moją obsesją przez długi czas. Tkwiło gdzieś w środku i obsesyjnie walczyło o każde  świadome spojrzenie, dotyk - później - uśmiech.
Chwila, kiedy mogłam wziąć Ją w ramiona była niezwykła. Moja córeczka tak spokojnie spała. Jej uniesiona lekko do góry główka skierowana była lekko w moją stronę. Mogłam na Nią patrzeć, bardzo delikatnie objąć. Czułam tak ogromny spokój, wszystko na oddziale wydawało się być gdzieś ''poza nami''. Byliśmy tylko MY - ja, Emilka i Daniel, który siedział na wprost i z iskierkami w oczach patrzył na nas. Właśnie w tym dniu wypadały Jego imieniny - chyba te najpiękniejsze, bo zaraz po mnie Pani pielęgniarka oddała Emilcię w ręce Tatusia. Wtedy to ja mogłam patrzeć na nich i widziałam to, co widzę do dziś  - ''dwie krople wody ''. W ramionach Daniela, Emilka wydawała się być jeszcze mniejsza. Była wręcz Okruszkiem. To był cudowny widok, który ściskał serce.
Widziałam moje dwa największe Skarby...



niedziela, 21 kwietnia 2013

Twarzyczka

To wydarzyło się całkiem przypadkiem. Zdecydowałam się, że tym razem nie wyjdę na korytarz kiedy pielęgniarka będzie ''odsysać'' wydzielinę z  dróg oddechowych Emilci. Zawsze w tym momencie siostry informowały, że mogę wyjść. Na początku tak robiłam, nie mogłam patrzeć na tę czynność, która - tak samo jak inne tego typu, wyzwalały u mnie jakiś ścisk w sercu. Ten szum, rurki i jak zwykle - moja bezbronna Perełka w samym centrum tego wszystkiego. Tym razem było inaczej. W chwili gdy pielęgniarka poinformowała mnie, że będziemy ''odsysać'', jedynie oddaliłam się, by nie przeszkadzać jej w tej czynności. Stało się coś niezwykłego. Po raz pierwszy - po długim czasie - ujrzałam twarzyczkę mojej Córeczki. Całą - bez czapeczki, cepapu - bez niczego. Podeszłam pod pielęgniarkę i nie mogłam powstrzymać wzruszenia. Powiedziałam, że ostatni raz oglądałam Ją taką kiedy miała respirator ( respirator wyglądał znacznie lepiej od cepapu, choć był czymś strasznym w sensie użycia, bo to on oddychał za Emilkę, a  n- cepap jedynie wspomagał oddech). Emilka była cudowna, miała piękne ciemne oczka. Czułam, że eksploduję ze szczęścia!!! Pielęgniarka powiedziała do mnie ,, zaraz skończę to popatrzysz Mamo i nawet zdjęcie możesz zrobić". Boże, jak ja się wtedy ucieszyłam! Nie wiedziałam co robić z radości. Złapałam szybko za telefon i zaczęłam pisać sms do Daniela, by szybko wracał. Mój Mąż poszedł ''na papierosa''. Był w tym dniu  ze mną w szpitalu, ale akurat chwilę przed ''odsysaniem'' wyszedł. A tu takie wydarzenie!!! Pani skończyła, a ja patrzyłam na moją córcię - dosłownie malutką chwileczkę, bo niestety próba oddechu bez wspomagania od razu kończyła się spadkiem saturacji. Zrobiłam zdjęcie - pierwsze bez cepapu. Emilka była prześliczna. Niezwykłe było to, że jak na Nią popatrzyłam wydawała mi się podobna do mojej Chrześnicy, która za niedługo przyjmie Komunię Świętą -  po raz pierwszy. Teraz dziewczynki są zupełnymi przeciwieństwami z wyglądu, a wtedy  wydawały mi się tak podobne!!! To był dla mnie tak magiczny moment. Nie muszę chyba pisać co czuł mój kochany Mąż, gdy wrócił. Niestety nie zdążył ujrzeć twarzyczki Emilci w całej okazałości, ale za to za kilka dni, to właśnie nasza mała córeczka ofiarowała Mu najpiękniejszy prezent na imieniny...

Wtedy też i ja otrzymałam najcudowniejszą niespodziankę.






sobota, 20 kwietnia 2013

Dr ''Anioł''

Każdy, kto tylko miał przyjemność poznać Panią doktor, której poświęcę tego krótkiego posta, na pewno się ze mną zgodzi, że ta kobieta to Anioł. Nie chcę wynosić nikogo na piedestały, zachwalać, czy doszukiwać się paranormalnych porównań, ale ta kobieta była niezwykła. W białym, lekarskim fartuchu, wręcz z białymi włosami,  z przenikliwym i głębokim spojrzeniem, które mówiło ; '' rozumiem Państwa'', kroczyła szpitalnymi korytarzami, opiekowała się maluszkami na oddziale, zawsze znajdowała chwilę na rozmowę z rodzicami. Uświadamiała, pytała, rozumiała i przede wszystkim - ratowała. Wiem, że to Ona odbywała też pierwsze rozmowy ze '' świeżymi'' rodzicami wcześniaczków, mówiła o następstwach przedwczesnego porodu, o zagrożeniach. Nie chcę tutaj ujawniać czegoś, o czym będę pisać w kolejnych postach, ale - dzięki Bogu -  z nami nikt takiej rozmowy nie przeprowadził. Czasem  nachodzą mnie myśli, że to zupełny przypadek, a czasem wydaje mi się, że nikt tego nie zrobił, bo wszyscy wiedzieli - o mojej nieświadomości, która poniekąd miała dodatni wpływ na mnie samą. Chyba też wiedziała to ta Pani dr... Cieszyło mnie to, ale o tym później. Pani doktor P. była niezwykła. Podziw wzbudzała nie tylko jej wiedza, doświadczenie neonatologiczne, ale i podejście do tych najmniejszych. Ponadto, tym, co udało mi się zaobserwować, było to, że dr traktowała każdego małego pacjenta indywidualnie, wiedziała o nim dosłownie wszystko. Często, gdy z Nią rozmawialiśmy, nie potrzebowała nawet żadnej podpory - w postaci danych medycznych każdego pacjenta, notek sporządzonych w trakcie obchodu, wystarczyło powiedzieć, że '' chcielibyśmy zapytać o naszą córeczkę''. Od pierwszych chwil Pani dr wiedziała kim jesteśmy i o kogo pytamy. Ilekroć pojawiała się wśród innych lekarzy, rodziców czy po prostu przechadzała się szpitalnym korytarzem, wydawało się jakby Jej postać otaczała jakaś poświata, a Ona sama wyzwalała z siebie nieziemski blask. Pamiętam kiedyś spotkałyśmy się w windzie. Wychodziła z sali porodowej i trzymała na rękach maleńkiego dzidziusia, zawiniętego w becik. Powiedziała do mnie :,, właśnie się urodził". Patrzyła na to dzieciątko tak beztrosko -  jakby było jej własnym. Stała z nim w windzie tak  zwyczajnie i spokojnie. Strasznie rozczulił mnie ten widok, Pani dr trzymająca maleństwo wyglądała po prostu uroczo i bardzo naturalnie. To była taka zwykła - niezwykła sytuacja, którą mam przed oczyma do dziś. 

Lekarze neonatolodzy  z Kliniki, w której przebywała Emilka, to ludzie, którym będziemy wdzięczni do końca życia...

Patrzę na  moją Księżniczkę i wiem, że to cud  Boży i  zasługa lekarzy.


środa, 17 kwietnia 2013

,,Ja Ciebie chrzczę...''

Chrzest Święty. To właśnie myśl o tym wydarzeniu, zawitała do mojej głowy zaraz po narodzinach Córeczki. Czułam wewnętrzną potrzebę jak najszybszego '' ochrzczenia '' Emilki. Daniel też o tym myślał, nie musieliśmy więc długo rozważać nad tym tematem. Czego oczekiwałam? Dlaczego chciałam, by ten sakrament przyjęła właśnie w szpitalu? Sama nie wiem, myślałam nad tym, że Emilce jakby wzmocni się '' Boża ochrona'', że będzie naznaczona łaską,  a sam sakrament sprawi, że stanie się dzieckiem Bożym. W istocie  już nim była - jak każdy. Chrzest ... Wiązałam z tym także spokój i jakby większą przynależność do Boga. Mniej więcej tak to czułam, trochę trudno mi to wyjaśnić słowami...
Daniel udał się do księdza - kapelana szpitalnego, lecz Ten był w tym okresie na urlopie, dlatego też polecił sympatycznego i bardzo wesołego kapłana, który mógłby go zastąpić. 18.07. nasza córeczka przyjęła Chrzest, na którym zostały nadane jej imiona : Emilia Maria. Emilia - bo to imię, które mieliśmy zaplanowane dla Niej już w czasie ciąży, i które bardzo nam się podobało,  a Maria - bo zarówno moja ukochana babcia, jak i babcia Daniela noszą to imię. Rodzicami chrzestnymi zostali: mój brat oraz siostra mojego Męża.
W dniu Chrztu Świętego, rankiem, byłam trochę poddenerwowana, nie wiedziałam jak wygląda taka ceremonia w szpitalu, na oddziale intensywnej terapii. W głębi duszy marzyłam, że na moment chrztu Emilce ściągną cepap, że ją wezmę w ramiona. Tak bardzo chciałam ujrzeć jej twarzyczkę -  w pełni . Niestety tak nie mogło być. Wszystko - jak zwykle - odbywało się wedle ścisłych oddziałowych zasad. Panie pielęgniarki miło mnie jednak zaskoczyły, bo przed samym chrztem zapytały czy mają jakoś ubrać Emilkę. Z radością - zgodziłam się. Moja Perełka miała na sobie biały kaftanik - na niej to wyglądało jak sukieneczka. Z boku miał wyhaftowaną literkę ''M". Strasznie mnie to wzruszyło, ''M'' skojarzyło mi się z Matką Bożą. Pomyślałam też, że kaftanik - być może - był wcześniejszą własnością  jakiejś Marysi lub Madzi, jakiejś innej miniaturowej dziewczynki, która tak samo leżała na tym oddziale. Widziałam moją Kruszynkę w białym ubranku, oczekującą na chrzest. To było niezwykłe. Mała wesoło ruszała nóżkami, była bardzo ''ożywiona''. My, rodzice chrzestni i kapłan, zebraliśmy się wokół inkubatorka Emilki. Ksiądz wypowiadał znamienne słowa, delikatnie naznaczył główkę naszej Emilki. ''Ja Ciebie chrzczę...'' - słowa, które powodowały u mnie jakiś ścisk, wewnętrzne poruszenie. Chrzestny trzymał niezapaloną świecę, Mama chrzestna - szatkę. Strasznie trudno opisać co dokładnie wtedy czułam. Patrzyłam na Nią, taką bezbronną, maleńką, w cepapie, w czapeczce i w tym białym kaftaniku. Przez głowę przetaczało się tysiąc myśli. Cały obrzęd trwał bardzo krótko, a ja czułam jakbym była z Nią. Tylko ja, Ona, inkubator i gdzieś w otchłani słyszane echo słów kapłana. Patrzyłam na tą moją maleńką dziecinkę i  tak bardzo pragnęłam wziąć ją w ramiona. Emilka w trakcie dostała nawet czkawki, wesoło poruszała nóżkami. Moja córeczka kochana, chyba czuła, że odbywa się właśnie coś bardzo ważnego.
Ilekroć wspominam ten moment, czuję zawsze takie samo napięcie, czuję podobny ucisk w gardle. Czuję, że tak miało być, że dobrze zrobiliśmy, decydując się na jak najszybszy chrzest, ale... 
No właśnie. Wątpliwości też są, może nieuzasadnione, ale często nawiedzają mnie dziwne myśli. Zdarza się, że mam poczucie, że poprzez chrzest w szpitalu odebraliśmy Emilce, spotkanie z Bogiem - w kościele. To pierwsze, tak uroczyste spotkanie. Kiedy jesteśmy na Mszy Świętej i odbywa się chrzest jakiegoś dzieciątka, z trudem powstrzymuję wzruszenie, ( choć obecnie już staram się nad tym bardzo panować). Zdarza się, że wizualizuję sobie Nas -  w miejscu tej pary z dzieckiem. Ja - trzymająca Emilkę, obok Tatuś i Rodzice chrzestni, a  przed ołtarzem, obok - kapłan wypowiadający  ,, Emilio Mario, Ja Ciebie chrzczę w Imię Ojca i Syna i Ducha Świętego...". Emilka nie ma cepapu, ma białe ubranko, może becik ?, chrzestny trzyma palącą się świecę...
Stoimy przed Bogiem. W kościele.